Strona:PL Dumas - Kobieta o aksamitnym naszyjniku.pdf/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzośmy podobni do ptaków; śpiewamy, a Bóg przychodzi nam z pomocą. Jak śpiew nie starczy, zrobisz się malarzem; jak malarstwo nie starczy, zostaniesz znowu muzykiem. Nie byłem ja bogatszy od ciebie, gdym się ożenił z mą biedną Teresą; a przecież ani wiktu, ani kąta, nigdy nam nie zbrakło. Tylko czyś bogaty w miłość? O to ja ciebie pytam. Czy kochasz moją Antosię nad życie, nad duszę własną? Jeżeli tak, to jestem spokojny, niczego jej nigdy brakować nie będzie. Nie kochasz jej? To inna rzecz, choćbyś miał sto tysięcy rocznego dochodu, jej zawsze będzie brakować wszystkiego.
Hoffman bliski był rzucenia się na kolana przed tą filozofją artysty. Pochylił się nad ręką starca, który przyciągnął go do siebie i przycisnął do serca.
— No! no! — rzekł — rzecz skończona. Odbądź podróż, skoro porywa cię wściekłość usłyszenia tej straszliwej muzyki pana Méchula i pana Daleyraca, to choroba młodości, która uleczy się prędko. Jestem spokojny, odbądź tę podróż, mój przyjacielu, i wracaj tu, gdzie zastaniesz Mozarta, Beethovena, Cimarozę, Pergolesa, Paesiella, Porporę, a nadto mistrza Bogumiła i jego córkę, to jest ojca i małżonkę. Jedź, moje dziecko, jedź.
I mistrz Bogumił znowu ucałował Hoffmana, który widząc zbliżającą się noc, uważał, że nie ma czasu do stracenia, i udał się do domu, aby zrobić przygotowania do drogi.
Nazajutrz od samego rana Hoffman był przy oknie. W miarę jak nadchodziła chwila rozstania się z Antonją, rozłączenie zdawało mu się coraz bardziej niepodobne. Cały ten zachwycający okres jego życia, który upłynął, te siedem miesięcy, które przeszły jak jeden dzień, żywo stały mu w pamięci, raz jako obszerny widnokrąg obejmowany jednym rzutem oka, to znowu jako szereg dni radosnych — wspomnienia te przeciągały jedne za drugiemi uśmiechając się, strojne kwiatami: te rozkoszne śpiewy Antonji, ta droga życia usypana słodkiemi melodjami — wszystko to było ponętą tak silną, że walczył prawie z czemś nieznanem, ażeby się jej oprzeć.
O dziesiątej Antonja ukazała się na rogu ulicy, na której przed siedmioma miesiącami Hoffman widział ją po raz pierwszy. Poczciwa Lisbetha szła za nią jak zwykle i obie wstąpiły na schody kościoła, Na ostatnim stopniu