Strona:PL Dumas - Kobieta o aksamitnym naszyjniku.pdf/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głos, i cień okryty tak, jak się okrywają cienie nocy, wyszedł z loży i pobiegł za Hoffmanem.
W tych czasach bardzo lubiano wiedzieć, kto wychodzi, a zwłaszcza, kto wchodzi.
— Idę do panny Arsenji — odrzekł Hoffman rzucając odźwiernemu kilka sztuk luidorów, za które przed godziną oddałby był duszę.
Legitymacja ta podobała się.
Panny Arsenji tu już niema, panie — odparł uważając nie bez słuszności, że trzeba tytuł obywatela zastąpić panem, gdy się ma do czynienia z człowiekiem tak łatwego obejścia. Kto żąda, może powiedzieć: obywatelu, ale kto bierze, powinien powiedzieć: panie.
— Jakto! — zawołał Hoffman — Arsenji tu nie ma?
— Nie, panie.
— Chcesz powiedzieć, że nie wróciła tu jeszcze?
— Chcę powiedzieć, że nie wróci.
— Gdzież zatem jest?
— Nie wiem.
— Gwałtu! gwałtu — zawołał Hoffman.
Wziął głowę w obie ręce, jakby dla zatrzymania rozumu, który mu zdawał się zbiegać. Wszystko, co przeszedł od niejakiego czasu było tak dziwne, iż co chwila mówił: — No, cóż dostaję pomieszania zmysłów.
— Więc pan nie wie nowiny? — odezwał się odźwierny.
— Jakiej nowiny?
— Pan Danton został aresztowany.
— Kiedy?
— Wczoraj. Zrobił to pan Robespierre. Co to za wielki człowiek, ten obywatel Robespierre!
— Więc co?
— To, że panna Arsenja musiała się schronić; bo jako kochanka Dantona, mogłaby być zamieszana do całej tej sprawy.
— To prawda. Ale jakże się schroniła?
— Ano, jak zwyczajnie, kiedy się kto boi, ażeby mu nie obcięto karku; pobiegła prosto przed siebie.
— Dziękuję, mój dobry człeku, dziękuję — rzekł Hoffman i znikł, zostawiwszy jeszcze kilka sztuk w ręku odźwiernego.
Na ulicy, Hoffman przemyśliwał nad tem, co ma zrobić, i do czego mu teraz służyć będzie wszystko to złoto;