Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szedł przemieniony, uduchowił się i wyszlachetniał. Szła od niego jakaś spokojna siła, która udzielała się innym. Mówił o życiu i śmierci, o ich teraźniejszości i nadziejach na przyszłość i na czarnej chmurze ich nędzy wystąpiło złote obrzeże. CeciI Brown wzruszał ramionami, bo w godzinę nie mógł zmienić poglądu na świat, ale inni, nawet Fardet, francuz, czuli się wzmocnieni i pokrzepieni. Wszyscy zdjęli kapelusze, kiedy ksiądz się modlił. Pułkownik zrobił turban ze swojej jedwabnej czerwonej chustki i nalegał, żeby ksiądz zgodził się go włożyć. W codziennem ubraniu i strojnem nakryciu głowy wyglądał jakby się przebrał dla zabawy dzieci.
Powoli do przykrości i zmęczenia, wywołanego ruchem wielbłądów, przyłączać się zaczęła straszna męka pragnienia. Słońce piekło ich z góry, piasek oślepiał od dołu, a cała wielka równina była tak jaskrawa, że mieli wrażenie, iż jadą po stygnącej blasze roztopionego metalu. Wargi im popękały, języki były jak kawały wyschłej skóry, zaczęli w szczególny sposób seplenić mówiąc, bo tylko samogłoski mogli wymawiać bez trudu. Pannie Adams broda opadła na piersi, a kapelusz zsunął się na twarz.