Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„W najgorszym razie jest to tylko kwestja okupu“ — mówił Stephehs do Sadie wbrew własnemu przeświadczeniu. — „Przytem jesteśmy zawsze jeszcze bliżej Egiptu niż kraju derwiszów. Zarządzą napewno energiczny pościg za nami. Nie powinna pani upadać na duchu. Wszystko będzie dobrze“.
„Ja się wcale nie boję“ — odparła Sadie, obracając ku niemu wybladłą twarz, która zadawała kłam jej słowom. — „Jesteśmy wszyscy w ręku Boga, a On nas nie zgubi. Łatwo mówić, że się w Niego wierzy, gdy wszystko idzie po myśli, teraz można naprawdę dowieść. Jeżeli On jest w tem błękitnem niebie...“
„Jest!...“ — odezwał się jakiś głos za nimi. Był to ksiądz z Birminghamu, który przyłączył się do ich kółka. Związane ręce przytwierdzone miał do siodła, a ciężkie ciało huśtało się w niebezpieczny sposób przy każdym ruchu wielbłąda. Zraniona noga ociekała krwią, oblepiona cała przez muchy, rozgorzałe słońce pustyni prażyło go w gołą głowę, bo kapelusz i parasol przepadły w czasie bijatyki. Dostawał gorączki i na wielkie blade jego policzki wystąpiły plamy rumieńców, a w piwnych wołowych oczach ukazały się jakieś iskry. Spółtowarzyszom wydawał się zawsze trochę pospolity. Teraz z bolesnego wstrząśnienia wy-