Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


leży. Mniejsza o mnie. Ale Sadie — nie mogę o tem myśleć. Matka czeka na nią w domu, a ja“ — złożyła chude ręce w bezgranicznej rozpaczy.
„Niech pani schowa ręce pod okrycie!“ — szeptał Belmont, przysuwając się tak, że ich wielbłądy otarły się o siebie. — „I niech pani tego nie puszcza. O tak, dobrze. A teraz niech to pani wsunie pod stanik. Ma pani klucz, który wszystkie drzwi otworzy.“
Panna Adams poznała, co jej wetknął w rękę i przez chwilę patrzyła na niego jak obłąkana. Potem zagryzła wargi i zaprzeczyła ruchem głowy.
Niemniej wsunęła pistolecik pod suknię i jechała dalej śród kotłujących się myśli. Czy to naprawdę ona, Eliza Adams z Bostonu, której wązkie, szczęśliwe życie toczyło się między wytwornem mieszkaniem na Commonwealth Avenue, a kościołem prezbyterjańskim na Tremont? Oto siedzi okrakiem na wielbłądzie, z ręką na kurku pistoletu, a myśl jej waży i usprawiedliwia morderstwo. O życie podstępne i zdradliwe, jakże ci mamy wierzyć? Pokaż nam najgorsze oblicze twoje, a zmierzymy się z tobą ale ty najgroźniejsze jesteś, gdy nam jaśniejesz w całym wdzięku i łagodności.