Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stonkę, bo w godziną stała się staruszka. Śniade policzki jej zapadły, a oczy z pod głębokich sińców świeciły dzikim blaskiem. Przelękłe spojrzenie obracała ciągle na Sadie.
Musi być jakiś anioł rozbicia, który skarby swoje gromadzi tylko w chwilach pogromów. Bo oto tę gromadkę światowców wleczonych w potępienie, odbiegła do szczętu pustota i samolubstwo i każdy tylko troszczył i martwił się o innych. Sadie myślała o ciotce, ciotka myślała o Sadie, mężczyźni myśleli o kobietach, Belmont myślał o żonie, ale myśał jeszcze i o czemś innem, bo tak długo kopał w łopatkę wielbłąda obcasem, aż znalazł się koło panny Adams.
„Mam tu coś dla pani“ — szepnął. — „Mogą nas rozdzielić lada chwila. Musimy się przedtem odpowiednio urządzić.“
„Rozdzielą nas?“ — jęknęła.
„Niech pani nie mówi tak głośno, bo ten przeklęty Manzor znowu nas gotów wydać. Chcę wierzyć, że tak się nie stanie, ale w każdym razie powinniśmy być przygotowani na najgorsze. Mogą naprzykład chcieć się pozbyć mężczyzn, a panie zatrzymać.“
Panna Adams wzdrygnęła się.
„Co tu robić? Boże wielki, co tu robić? Jestem stara kobieta, nic mi się już nie na-