Strona:PL Doyle - Tragedja Koroska.pdf/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A teraz?
Pułkownik poznał odrazu z czerwonych turbanów, z kaftanów łaciastych i z żółtych butów, że ma do czynienia nie ze zbójecką bandą koczowników, ale z regularną armją kalifa. Teraz, w czasie pochodu przez pustynię, wyszła na jaw pewna elementarna dyscyplina wojskowa, odpowiednia do ich celów. O milę przed nimi i daleko na obu skrzydłach posuwały się patrole, wynurzając się i ginąc śród piaszczystych wzgórz.
Ali Wad Ibrahim jechał na czele karawany, a jego przysadzisty adjutant dowodził tylną strażą. Główny korpus ciągnął się na jakieś dwieście jardów i w samym jego środku znajdowała się nieszczęsna grupka jeńców. Nie starano się wcale ich rozdzielić i Stephens potrafił się wkrótce tak urządzić, że jego wielbłąd wszedł pomiędzy wielbłądy pań.
„Niech się pani nie poddaje“ — mówił adwokat do pani Adams — „prawda, jesteśmy zupełnie bezbronni wobec przemocy, ale nie ulega wątpliwości, że z właściwej strony poczynione będą kroki, aby doprowadzić rzecz do porządku. Jestem przekonany, iż skończy się na chwilowej przykrości. Gdyby nie ten łotr Manzor, wogóle by tu pani nie było.“
Smutno było patrzeć na biedną bo-