Strona:PL Doyle - Pamiętniki Holmsa, słynnego ajenta londyńskiego, T1.pdf/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dobre pół godziny egzaminowałem chorego aż wreszcie zapisałem mu lekarstwa i oddałem go pod opiekę syna; wyszli obadwaj, trzymając się pod ręce.
Mówiłem już panom, że o tej porze Blessington wychodził zawsze na przechadzkę. Wkrótce po wyjściu tej pary powrócił i udał się do siebie na górę. Po minucie już atoli posłyszałem, że jak waryat pędzi po wschodach wprost ku mnie.
Kto był w moim pokoju? — krzyczał, odchodząc prawie od zmysłów.
— Nikt, — odrzekłem.
— Fałsz! Idź pan i zobacz!
Nie zwracałem uwagi na jego ton obelżywy, widziałem bowiem, że jest zgoła niepoczytalny. Gdyśmy weszli na górę, pokazał mi czyjeś ślady na dywanie.
— To moje ślady — podług pana? — wrzeszczał, jak opętany.
Istotnie, nie mogły to być jego ślady; były na to za duże i za świeże. Jak panom wiadomo, dziś padał deszcz — i oprócz tego chorego z synem nikt nie przychodził. Najwidoczniej młodzieniec ów, oczekujący w poczekalni, z niewiadomych mi powodów udawał się na górę, gdym z jego ojcem obcował. Nic nie było ruszone, wszystko stało na swem miejscu, atoli pobyt obcej osoby był niezaprzeczony.