Strona:PL Doyle - Czarny Piotr.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nam, że czas uchodzi. A przez pokrywające nas liście rosił na nas drobny deszczyk.
Wybiło pół do trzeciej, gdyśmy od bramy ogrodu usłyszeli jakiś ostry odgłos. Musiał ktoś zatrzasnąć drzwi. Potem przez dłuższy czas znowu było cicho, tak iż bałem się, że był to tylko zwodniczy szmer. Wtem usłyszeliśmy z drugiej strony domku jakieś kroki, a wkrótce potem jakieś metaliczne skrobania i brzęki. O w człowiek próbował wyłamać zamek. Tą razą był zgrabniejszy, lub przyrząd jego lepszy, sprężyna jakaś wyskoczyła i drzwi skrzypnęły. Zaświecono zapałkę a w następnej chwili ujrzeliśmy stałe światło we wnętrzu chatki. Przez cienką zasłonę mogliśmy wszystko śledzić, co się działo w kajucie.
Nocny gość był to młody, szczupły, wątły mężczyzna z czarnym wąsikiem, przy którym odbijała jeszcze bardziej bladość jego twarzy. Nie mógł liczyć o wiele więcej nad dwadzieścia lat. Nie widziałem nigdy nikogo bardziej drżącego i bardziej zalęknionego, zęby mu szczękały i drżał na całem ciele. Był dostatnio odziany, miał kurtkę, spodnie po kolana i sukienną czapkę. Widzieliśmy jak rozglądał się z trwogą. Następnie wsadził świecę w flaszkę, postawił ją na stole i zniknął w kącie pokoju. Gdy się