Strona:PL Doyle, tł. Neufeldówna - Z przygód Sherlocka Holmesa.pdf/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Doprawdy! Jesteś sam?
— Zupełnie.
— W takim razie tem łatwiej przychodzi mi zaproponować ci, żebyś wyjechał razem ze mną na tydzień na kontynent.
— Dokąd?
— O, gdziekolwiek. Wszystko mi jedno.
Wszystko to razem było bardzo dziwne. Holmes nie miał zwyczaju podróżować dla rozrywki, bez celu, a wyraz jego bladej, wynędzniałej twarzy świadczył, że miał nerwy w najwyższym stopniu rozstrojone. Dostrzegł pytanie w moich oczach i, zetknąwszy dłonie czubkami palców, a łokcie oparłszy na kolanach, wyjaśnił położenie.
— Nie słyszałeś nigdy pewnie o profesorze Moriarty? — zaczął.
— Nigdy.
— Otóż to właśnie w tem geniusz i dziwy istotne — zawołał. — Człowiek ten przenika cały Londyn, a nikt o nim nie słyszał. I to właśnie stawia go na szczycie w kronikach zbrodni. Watsonie, mówię ci zupełnie poważnie, że, gdybym mógł pokonać tego człowieka, gdybym mógł uwolnić od niego społeczeństwo, powiedziałbym sobie, że karyera moja skończona i byłbym gotów obrać jakie spokojniejsze zajęcie na resztę życia. Mówiąc między nami, ostatnie wypadki, w których pomocy mojej wzywała skandynawska rodzina królewska i rzeczpospolita francuska, przyniosły mi tyle, że mógłbym prowadzić nadal spokojny tryb życia, który mi najbardziej odpowiada i poświęcić się zupełnie badaniom chemicznym. Ale nie miałbym spokoju, Watsonie