Strona:PL Doyle, tł. Neufeldówna - Z przygód Sherlocka Holmesa.pdf/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Tak, nadużywałem sił, wyczerpałem się trochę — zauważył, odpowiadając raczej na moje spojrzenie, niż na moje słowa; — miałem sporo pracy ostatnimi czasy. Czy nie będziesz miał nic przeciw temu, żebym zamknął okiennice?
Pokój oświetlony był tylko lampą, przy której czytałem; Holmes, idąc tuż pod ścianą, zbliżył się do okna i, zatrzasnąwszy okiennice, zamknął je szczelnie.
— Obawiasz się czego? — spytałem.
— Tak jest.
— Ależ czego?
— Wiatrówki.
— Mój drogi, co to znaczy?
— Zdaje mi się, że znasz mnie dobrze i wiesz, że nie jestem bynajmniej człowiekiem nerwowym. Wszelako głupotą raczej, niż odwagą nazwę lekceważenie niebezpieczeństwa, gdy istotnie jest bliskie. Czy mogę cię prosić o zapałkę?
Wciągał dym papierosa chciwie, jakgdyby oddziaływał na niego kojąco.
— Muszę cię przeprosić za tę późną wizytę — odezwał się po chwili — a nadto zażądać, żebyś porzucił wszelką etykietę i pozwolił mi wyjść ztąd przez mur ogrodu od tyłu.
— Ale co to wszystko znaczy? — spytałem.
Wyciągnął dłoń i w świetle lampy ujrzałem, że ma dwa palce skaleczone i pokrwawione.
— Jak widzisz nie chodzi tu o czcze urojenia — rzekł z uśmiechem. Czy pani Watson w domu?
— Wyjechała w odwiedziny.