Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Rachunek zdam księciu. Żadnemu z was nic nie jestem winien. Widzieliście, że przez czas urzędowania pracowałem ciężko i umierałem z głodu, a wychodząc od was, biorę z sobą tylko osła, który był i jest moją własnością.
Chciano mu dać przynajmniej nieco zapasów żywności.
— Chleb i ser mam jeszcze z sobą — odpowiedział — a więcej mi nie potrzeba. Co najwyżej przyjmę tylko trochę owsa dla Burego.
Pożegnano go z rozrzewnieniem, bo jednak umiał sobie pozyskać życzliwość mieszkańców dobrocią i sprawiedliwością, a litość obudził nawet w swoich prześladowcach, zbyt rozochoconych do figlów i psot złośliwych.
Powoli i ostrożnie postępował wśród nocy. Zagłębiwszy się w las poblizki, zsiadł z osła i usnął głęboko pod drzewem. Kiedy się ocknął, już się ściemniło. Podjadł trochę i zaczął jechać spiesznie, żeby się jak najprędzej złączyć z dawnym swoim panem.
Ale po ciemku osieł wpadł w dół, z którego już obaj o własnych siłach wydobyć się nie mogli, tak był głęboki. W tym dole przebył Sanczo noc całą. Zrana usłyszał tentent kopyt końskich, zaczął więc krzyczeć. I dobrze zrobił, bo go usłyszano. Ów koń