Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak prędko lecą w górę! już ledwie ich widać — mówiły oddalające się głosy.
— Naprawdę, panie, ten Jednorożec bardzo lekko niesie, nawet nie czuję, że lecę w powietrze — odezwał się Sanczo.
— I to trzeba przyznać, że mamy wiatr pomyślny.
W istocie książę kazał stanąć kilku ludziom z mieszkami, którzy dęli z całych sił na Don Kiszota i Pansę.
— Teraz wjeżdżamy w obłoki ogniste — zauważył rycerz.
— Ja sam czuję, że mam na pół osmoloną brodę — odrzekł Sanczo.
Czuli rzeczywiście gorąco, bo książę kazał dokoła nich zapalić pęczki słomy na drążkach i machać tym płomieniem ostrożnie, żeby jeźdźców nie zapalić.
— Panie, ja troszkę odsłonię oczy; chciałbym zobaczyć...
— Ani się waż! — zgromił go Don Kiszot. — Mógłbyś nas obu przyprawić o zgubę!
Rozmowy te rycerza ze swym giermkiem słyszeli obecni, którzy ledwo się nie podusili, tłumiąc w sobie chętkę do śmiechu.
Nareszcie na skinienie księcia lokaj przysunął płomień do ogona końskiego. Wnętrze konia było wypełnione materjałami do ogni sztucznych. Koń zionął z siebie iskry, podskoczył i padł, a rycerz i giermek zlecieli na ziemię.