Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A kiedy ten potwierdził, spytała jeszcze.
— Czemże się bijesz?
— Własnemi rękoma, proszę waszej książęcej mości.
— Biedny giermku, to ci bardzo niewygodnie.
— To prawda — odpowiedział.
— Myślałam właśnie o tem — rzekła dalej księżna — i żeby ci to ułatwić, kazałam przygotować tę oto dyscyplinę, dopasowaną według miary do twoich pleców. Przyjmij ją ode mnie. Mam nadzieję, że i dla ślicznej Dulcynei taka chłosta będzie skuteczniejszą.
Giermek wielkiemi oczyma patrzał na ten dar i namyślał się, coby powiedzieć, ale Don Kiszot zawołał na niego.
— Sanczo, upadnij do nóżek księżnej pani i podziękuj za jej łaskawość.
Pansie nie pozostawało tedy nic innego do zrobienia, jak tylko usłuchać swego pana. Niezwłocznie też to uczynił.
Innego dnia po obiedzie odezwały się bębny, piszczałki, później zabrzmiała smętna muzyka i weszli przez ogród dwaj ludzie w żałobnych ubiorach. Za niemi kroczyła wysoka pani w białej, bogatej sukni; długi ogon tej sukni niosło trzech młodzieniaszków. Za tą panią postępowało parami dwanaście pań także w bieli. Wszystkie te kobiety miały na głowach gęste, długie zasłony.