Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Oburzony Don Kiszot zawołał.
— Kłamiesz, rycerzu! Ja właśnie jestem Don Kiszotem z Manczy i nigdy dotąd nietylko z panem nie walczyłem, ale nawet o panu nie słyszałem. A jeśli pan czujesz w sobie tyle odwagi do boju, ile do samochwalstwa, to zaraz możemy się zmierzyć.
Nieznajomy odpowiedział zimno.
— Jeżeli jeden z was dwóch jest prawdziwym Don Kiszotem, to drugi mnie oszukał. Tak czy owak, do potyczki jestem gotów, ale w biały dzień. Po nocy biją się tylko rabusie i łotrzyki. Poczekajmy, aż słońce wzejdzie, a wtedy stanę do rozprawy.
Kiedy się rozwidniło, obudzili rycerze giermków, żeby im posiodłali konie. Usłyszawszy o pojedynku, obaj giermkowie wpadli w wielki zapał i nasrożyli się jeden na drugiego, zamierzając także bić się z sobą. Sanczo wszakże zrobił rozsądną uwagę, że lepiej się pogodzić, to żaden z nich nie oberwie guza. Więc obydwaj postanowili przyglądać się spokojnie utarczce swoich panów.
Ptaszki świegotały wesoło, brzask poranny zaróżowił i ozłocił białe obłoczki, jasność dzienna oblewała wszystkie przedmioty. Któż jednak opisze przestrach Sanczy, kiedy ujrzał, że jego kolega ma nos tak wielki, jakiego żaden Pansa nigdy w życiu nie widział: zakrzywiony, jak u ptaka drapieżnego,