Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Równo z brzaskiem zerwał się giermek, niespokojny o swego pana i widząc go jeszcze na Rosynancie, rozpętał zwierzę cichaczem.
Koń, czując się swobodnym, dał kilka kroków, żeby rozruszać kości, zdrętwiałe od długiego stania.
— Czary już prysły. Zostań więc, mój wierny Sanczo, ja pojadę, gdzie mnie wzywa ten krzyk.
I pocwałował w stronę, z której dochodził podejrzany łoskot. Sanczo jakiś czas szedł za nim piechotą, wreszcie przystanął i czekał.
Po dłuższej chwili wraca rycerz, blady ze wstydu.
— To są młyny foluszowe, które tak hałasują — rzekł — ubijają w nich sukno.
— A pan myślał, że to nieszczęśliwi tak pana wzywają na pomoc — i Sanczo, rozweselony, zaczął sobie podżartowywać z rycerza. Don Kiszot jednak nie przyjął dobrze tych drwinek; to też wkrótce Sanczo to poczuł, dostawszy kilka razy oszczepem po karku. Przyrzekł też nigdy nadal nie pozwalać sobie na ośmieszanie swego pana.
Zaraz też puścili się w dalszą drogę i spotkali jezdnego, który na głowie miał jakieś przykrycie połyskliwe.
— Oho! już wiem! — zawołał Don Kiszot —