Strona:PL Diderot - To nie bajka.pdf/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chwil. Troje służby wydobyło ją z powozu i niosło za głowę i nogi; piastunka, blada jak śmierć, podążała za panią, z dzieckiem uśpionem na piersi. Złożono nieszczęśliwą kobietę na kanapie, gdzie przez długi czas pozostawała bez ruchu, pod okiem starej i czcigodnej matki. Matka, niezdolna wydać głosu, krzątała się bezradnie dokoła niej, chciała nieść pomoc córce i nie mogła. Wróciła jej świadomość; a pierwsze słowo przy otwarciu powiek, było: „Nie umarłam tedy! Jakaż to słodka rzecz umrzeć! Mamo, ułóż się tutaj, obok mnie, i umrzyjmy obie. Ale, jeżeli umrzemy, kto będzie miał pieczę o to biedne maleństwo.“
Ujęła obie suche i drżące ręce matki w jedną rękę, drugą położyła na dziecku; z oczu jej popłynął strumień łez. Szlochała, chciała się skarżyć; ale i szlochanie i skargi przerywała gwałtowna czkawka. Skoro mogła wreszcie złożyć kilka słów, rzekła: „Czyż to możliwe aby on cierpiał tyle co ja!“ Tymczasem obecni starali się pocieszyć Desroches’a, tłómacząc, iż uraza o równie błahą przewinę nie może być trwała; ale że trzeba ustąpić, na parę chwil, dumie kobiety ambitnej, tkliwej i zranionej, którą uroczystość owej niezwykłej ceremonii zmuszała prawie, przez punkt honoru, do jakiegoś gwałtownego kroku. „To potrosze nasza wina, mówili mężczyźni... — Tak jest, w istocie, odpowiadały kobiety, gdybyśmy patrzyli na jej wzniosłe komedye tem samem okiem co publiczność i hrabina, dzisiejsze opłakane wydarzenie nie miałoby miejsca... Tak już jest; rzeczy otoczone pewną uroczystością imponują nam i popychają do