Strona:PL Diderot - To nie bajka.pdf/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


powstrzymywanych łzach, w jej pociągu do samotności, jedynie zwyczajne objawy choroby o jaką ją pomawiał. Niekiedy, radził żonie aby przerwała karmienie; ale był to właśnie jedyny sposób zapomocą którego mogła, dopóki się jej spodoba, oddalić wyjaśnienia pomiędzy nią a mężem. Desroches żył tedy nadal obok żony, w najzupełniejszym spokoju co do bezpieczeństwa swojej tajemnicy, kiedy, jednego ranka, ukazała mu się, wspaniała, szlachetna, godna, ubrana w tę samą szatę i strojna w te same ozdoby jakie miała na sobie w czasie owego słynnego zebrania w wilię ślubu. To co straciła na świeżości i tuszy, to co tajemna zgryzota ujęła jej z wdzięków, wynagradzała z nawiązką szlachetność postawy. Kiedy żona weszła, Desroches pisał właśnie do kochanki. Zmięszali się oboje; ale, ponieważ oboje byli jednako zręczni i oboje mieli przyczynę aby ukryć zmięszanie, było ono tylko przelotne. „Och, żono! wykrzyknął Desroches, mnąc, jakby przez roztargnienie, zapisaną ćwiartkę, jakaś ty piękna! Jakie masz zamiary na dzisiaj? — Zamiarem moim jest zgromadzić nieco blizkich osób. Zaprosiłam krewnych, przyjaciół i liczę na ciebie. — Oczywiście. O której godzinie mam się stawić? — O której? ależ... jak zwyczajnie. — Widzę że masz wachlarz i rękawiczki, czy wychodzisz? — Jeżeli pozwolisz. — Można wiedzieć dokąd? — Do matki. — Proszę, bądź łaskawa wyrazić jej mój szacunek. — Twój szacunek? — Oczywiście.“
Pani Desroches wróciła dopiero w chwili gdy miano siąść do stołu. Goście przybyli. Czekano na panią domu. Skoro weszła, rozległ się ten sam okrzyk