Strona:PL Boy - Antologia literatury francuskiej.djvu/326

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Marszałkowa. Cóż pan tedy zyskuje na tem, że w nic nie wierzysz?
Krudeli. Nic a nic, pani marszałkowo; czyż wierzy się dlatego, aby coś zyskać?
Marszałkowa. Nie wiem; ale korzyść osobista nic nie zawadzi, nawet w takich sprawach.
Krudeli. Przykro mi to nieco, ze względu na nasz biedny rodzaj ludzki. Nie przydaje nam to zaszczytu.
Marszałkowa. Więc pan w istocie nie kradnie?
Krudeli. Nie, na honor.
Marszałkowa. Jeżeli pan nie jesteś złodziejem ani mordercą, przyznaj, w takim razie, że nie jesteś konsekwentny.
Krudeli. Dlaczego?
Marszałkowa. Bo mnie się wydaje, iż, gdybym się nie spodziewała ani lękała niczego po śmierci, nie odmawiałabym sobie, póki żyję na świecie, drobnych przyjemności. Wyznaję, że pożyczam Panu Bogu na procent.
Krudeli. Tak pani myśli?
Marszałkowa. Nie myślę: to fakt.
Krudeli. A wolno zapytać, co to za rzeczy, na któreby sobie pani pozwalała, gdybyś nie wierzyła?
Marszałkowa. O, nie! to tajemnica spowiedzi.
Krudeli. Co do mnie, umieszczam mój kapitał na dożywocie.
Marszałkowa. To ucieczka nędzarzy.
Krudeli. Wolałaby pani abym był lichwiarzem?
Marszałkowa. Ależ tak; Pan Bóg nie boi się lichwy: niema obawy aby się go zrujnowało. Wiem dobrze, że to niezbyt ładnie, ale o cóż chodzi? Skoro rzecz w tem, aby sobie zdobyć niebo, zręcznością lub siłą, trzeba wszystko brać w rachubę, nie lekceważyć najmniejszej korzyści. Och, daremniebyśmy się silili, stawka będzie zawsze licha w porównaniu do zysku którego się spodziewamy. A pan, panie Krudeli, czy pan się niczego nie spodziewa?
Krudeli. Niczego.