Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 01.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie, ale nie usłyszałbyś nawet takiego szmeru, jaki u nas wydaje przelatujący komar. Ale góry tam nie walą się; co kiedy miało rozsypać się i upaść, już upadło, i dziś panuje taka cisza, że przy niej bicie pulsu w skroniach wydawałoby się człowiekowi podobnem do bicia piorunów, nie gdzieś nazewnątrz, tylko w nim samym.
Słowem, księżyc — to państwo śmierci, ale w formie tak złowrogiej, jaką ledwie możemy odgadnąć. U nas, po śmierci zaczyna się rozkład, czyli nowe życie; tam wcale niema rozkładu. Gdyby od nas na księżyc przeniesiono zwierzęta i rośliny, zmarłyby w ten sposób, że — natychmiast wyschłyby. Ale ich kształty i niektóre barwy, nie ulegając zmianie, po tysiącach lat zostałyby tem, czem w pierwszej chwili: widmami zwierząt i roślin.
W bocznej alei przesunęło się dwoje ludzi, rozmawiających półgłosem:
— Śliczny księżyc!... Czy pan nie lubi księżyca?
— Wolę oczy pani przy jego blasku.
— A w dzień?...
Odpowiedzi nie dosłyszałem.
Guwerner popatrzył na nich, pokiwał głową i mówił dalej:
— A jednak księżyc dawniej żył. Posiadał wodę, atmosferę, niewątpliwie jakieś istoty, rozwijające się i czujące. Lecz — umarł. A wiesz pan z jakiego powodu? — z tęsknoty...
Był on niegdyś częścią ziemi, jej synem, i — oderwał się od niej, jak ja... od Francji. Przez długi czas mogło mu się wydawać, że wróci. Ale nie wrócił i — z żalu umarł...
Wszystkie jego ruchy — to ciągłe szamotanie się z siłą postyczną, czy odśrodkową. On rwie się do ziemi, a niezasypiająca moc złego losu wciąż spycha go z drogi. Czasami niezmiernym wysiłkiem zbliży się do macierzystej planety, ale wróg nieubłagany wnet go zwycięża i odsuwa jeszcze dalej.
Tak bywa i z ludźmi!
Odetchnął i mówił: