Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Umarła.
— Jakto umarła?... — Cofnął się Żyd. — Poco gadać takie żarty! Aj waj!... może i umarła?... — dodał, przypatrzywszy się z uwagą leżącej. — Taka dobra gospodyni! — mówił dalej. — Wielkie na was nieszczęście padło, niech Pan Bóg ubroni... Tfy! — splunął. — A wy co tak leżycie, Ślimaku, przecie trzeba zrobić pogrzeb.
— Będzie dwa odrazu — mruknął chłop.
— Jak to może być dwa?... Czyście wy słabi?
— Ni.
Żyd kręcił głową, spluwał i rozmyślał.
— Tak przecie nie może być — rzekł — a jak wy się nie ruszycie, to ja dam znać. Ino powiedzcie, do kogo pójść?
Ślimak milczał, ale krowa znowu ryknęła.
— Czego ono tak ryczy te bidło? — spytał ciekawie Jojna.
— Musi tego, że niepojone.
— To pocoście ich nie napoili?
Chłop znowu nie odpowiedział. Żyd postał chwilę, wreszcie stuknąwszy się palcem w czoło, rzucił worek, laskę i spytał:
— Gdzie wy macie ceber, gospodarzu? Gdzie wiadro?...
— Dajcie mi ta spokój — mruknął chłop gniewnym głosem.
Ale Jojna nie ustąpił. Znalazł ceber i konewkę w oborze, przyniósł kilka razy wody z przerębli, napoił krowy i jeszcze pełną konew postawił obok Ślimaka. Dla krów Jojna miał osobliwe współczucie, od pół wieku bowiem nadaremnie marzył, aby kiedy posiadać własną krowę, a przynajmniej kozę.
Żyd, odpocząwszy po tej pracy, tak ciężkiej na jego siły, znowu zapytał Ślimaka:
— No, jakże będzie?
Chłopa wzruszyła jego litość, ale nie dodała mu energji. Więc tylko podniósł głowę i rzekł: