Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


damenty, to znowu zapadał w wąwozy, albo przedzierał się przez cierniste krzaki.
Ale gdziekolwiek był, wszędzie razem z nim szedł cień córki bakałarza, jej śniada twarz, szare oczy i ruchy pełne wdzięku. Chwilami dolatywał go niby z głębi, jej śpiew potężny i rzewny, albo stary, schrypnięty głos Grzyba, miotającego przekleństwa.
— Może ona uroki rzuciła? — szeptał zatrwożony i — znowu myślał o niej.