Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nagle umilkł i zaczerwienił się, widząc utkwione w siebie szare oczy córki bakałarza. Trzymała w ręku zaczętą szklankę piwa i zbliżywszy się, podała ją chłopcu.
— Przemokłeś — rzekła — napij się.
— Nie chcę!... — odparł Jędrek i znowu się zawstydził. Zdawało mu się, że tak pięknej pani nie można odpowiadać szorstkim tonem.
— Gdzieś ty tak przemókł? — spytała go ciekawie.
— W rzyce — odparł cicho. — Leciałem do was przez wodę.
— Więc napij się — nalegała, podając mu szklankę z piwem.
— Kiej upiję się... — odparł chłopak.
Wreszcie wypił, spojrzał na jej śniadą twarz i znowu tak się zaczerwienił, że dziewczynie smutny uśmiech przemknął na ustach.
W tej chwili odezwały się skrzypce i basetla. Do córki bakałarza zbliżył się w ciężkich podskokach Wilhelm Hamer i wziął ją do tańca. Odchodząc, jeszcze raz obrzuciła Jędrka tęsknemi oczyma.
Chłopcu zrobiło się coś dziwnego. Straszny gniew i żal pochwycił go za gardło i uderzył mu do głowy. Chciał rzucić się na Wilhelma Hamera i poszarpać na nim jego kwiecistą kamizelkę, to znowu myślał, że rozpłacze się na cały głos. Nagle odwrócił się, ażeby odejść.
— Idziesz? — zapytał go bakałarz.
— Jużci.
— Pokłoń się ode mnie ojcu.
— A ode mnie przypomnij, że ja na święty Jan odbiorę łąkę — wtrącił stary Hamer.
— Albo to wasza łąka? — odparł Jędrek. — Przecie tatuś wzięli ją od dziedzica w arendę...
— Oho, dziedzic!... — zaśmiał się Hamer. — My tu dziedzice, a łąka moja.