Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chłopa tknęła litość. Zeszedł z pagórka i zbliżył się do podróżnych.
— Skądeście ludzie i coście za jedni? — zapytał.
— My koloniści, aże z za Wisły — odpowiedziała kobieta. — Nasi kupili tu ziemię, więc idziemy za nimi.
— A wyście ziemi nie kupili?
Kobieta wzruszyła ramionami.
— To u was taki zwyczaj, że baby chłopów ciągną? — pytał dalej Ślimak.
— Cóż robić, kiedy konia nie mamy, a na własnych nogach ojciecby nie zaszedł.
— To wasz ojciec?
Podróżna skinęła głową.
— I taki chory?
— Jo.
Chłop zamyślił się.
— To niby on po proszonem jeździ za gromadą? — spytał znowu.
— O nie!... — odparła z energją. — Ojciec uczy dzieci, a ja, jak mam czas, to szyję, a jak nie mam co szyć, wynajmuję się do roboty w polu.
Ślimak patrzył na nią zdziwiony, wreszcie rzekł:
— Wy, musi, że nie jesteście Niemce, kiej tak gładko po naszemu gadacie?
— My z Niemców — odparła kobieta.
— My Niemcy — odezwał się po raz pierwszy człowiek z wózka.
W czasie tej rozmowy wyszła z chaty i zbliżyła się do wrót Ślimakowa z Jędrkiem.
— Tęgi pies! — zawołał Jędrek.
— Przypatrz-no się — rzekł do niego Ślimak — jak ta pani bez całą drogę ciągnie chorego ojca na wózku. A tybyś, hyclu, tak zrobił?