Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O czemże tak rozmyślasz? — zapytał go starszy pan.
— Musi, że nam na złe wyjdzie taka droga — rzekł chłop — bo furmanką już nic człowiek nie zarobi.
Obaj panowie roześmieli się, a starszy począł mówić:
— Nie bój się, mój kochany, taka droga, to dla was szczęście, a szczególnie dla ciebie, który będziesz mieszkał najbliżej stacji. Będziesz woził towary, podróżnych, będziesz sprzedawał masło, jaja, kury, kapustę i wszystko, co ci się urodzi. A my dobrze płacimy... Na próbę może nam sprzedasz te kurczęta. Ile ich tu jest?
— Dwadzieścioro i dwoje — odezwała się Ślimakowa.
— Po czemu chcecie?
— Ile łaska panów.
— Oddacie po dwa złote?
Ślimakowa przelotnie spojrzała na męża. Dotychczas płacono im najwyżej po złotówce za kurczę.
— Niech panowie wezmą — odparła.
— Hultaj Żyd — mruknął młodszy — sprzedaje nam po pół rubla.
— A masła młodego dużo macie? — pytał starszy pan Ślimakowej.
— Znajdzie się ze dwa garnce.
— Po czemu?
— Ile łaska.
— Weźmiesz po pięć złotych kwartę?
Gospodyni tylko ukłoniła się. Żyd płacił jej po pół rubla.
W ten sposób panowie zamówili jeszcze kilka serów, dwie kopy raków, kopę ogórków, kilka bułek sitnego chleba i kazali to przywieźć pod las, gdzie stały dwa namioty. Młodszy wciąż dziwił się, że jest tanio, a starszy chwalił się, że on zawsze robi takie sprawunki. Przed odejściem zaś, wypłacając gospodyni szesnaście rubli papierami i pół rubla srebrem, zapytał:
— Cóż, nie macie krzywdy?