Strona:PL Bolesław Prus - Pierwsze opowiadania.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ostatnie wyrazy cudowny wywarły skutek. Na myśl o żonie i dziecku rozbestwiony kowal uspokoił się i nawet usiłował stłumić w sobie uczucie zemsty. Jużci co prawda, to prawda, że organista idzie zaraz po wikarym; a nużby się Pan Bóg za obicie go rozgniewał i na żonie lub dziecku krzywdy dochodził?...
Wyszedł z karczmy okrutnie markotny.
— Oj! z temi dziećmi — myślał — to ci kłopot!... Mam dopiero jednego, a już muszę suszyć głowę o wynalezienie nauczyciela, tracić pieniądze na miód!... Jeszcze mnie za to przy ludziach poniewierają, i swego oddać nie mogę, bo mi o dziecko strach...
Oj! Stachu, Stachu!... żebyś ty choć wiedział kiedy, co ja za ciebie wycierpiałem!... Daj Boże, żeby mnie choć żona nie zbeształa!...
W domu nie obeszło się bez hałasu, ale odtąd Szarak jeszcze bardziej kochał syna, o którego edukacji myślał tak wcześnie, i za co mu na głowie flaszkę miodu rozbito. Poczciwy kowal w parę miesięcy zapomniał o swojej krzywdzie, lecz strasznie było mu przykro, że się pogniewał z organistą, jedynym mężem, który mógł pokierować wychowaniem synka, co już sam chodził, gadać umiał i wogóle niepospolite okazywał zdolności.
Tymczasem nadeszło lato, a wraz z niem chwila, w której nadspodziewanie dobrze miały zakończyć się ojcowskie kłopoty kowala.

— — — — — — — — — — — —

∗             ∗

Pewnego dnia położyła matka Stasia w sadzie pod gruszę,

podesłała mu płachtę, podwinęła koszulkę i mówi:
— Śpijże tu, chłopak, i nie drzyj się, ty jagódko moja najsłodsza, jaką kiedy Pan Bóg stworzył i słońce wygrzało!...