Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Jaki to poczciwy chłopak! — myślał Leśkiewicz — a ja go tak krzywdziłem...
W parę minut rozebrał się do bielizny i był na swojem łóżku. Gromadzki usiadł przy nim i zaczął badanie.
— Wiesz, Gromada, byłem dla ciebie niesprawiedliwy...
— W jamie brzusznej niema nic osobliwego...
— Myślałem, żeś ty dusigrosz i egoista...
— Wątroba normalna... śledziona także...
— Ale dziś przekonałem się, żeś ty szlachetny chłopak, Gromada...
— Cóż ci dolega? — pytał Gromadzki.
— Tak jakoś, o... tak... niedobrze mi wogóle...
— Wrażenia subjektywne.
— Ale może to zapowiedź ciężkiej choroby?... — pytał Leśkiewicz.
— No, to pokaż język... Nic osobliwego... Puls... Bój się Boga, ty masz nawet puls normalny, więc czego chcesz?...
Leśkiewicz nagle podniósł się, i schwyciwszy Gromadzkiego za rękę, rzekł:
— Gniewasz się na mnie, żem tak podle postępował z tobą?...
— Dajże spokój!... cóżeś ty mi zrobił?...
— Mówiłem, żeś egoista i dusigrosz...
— Ba, żebym choć miał co dusić... — szepnął Gromadzki.
— Będziesz miał!... — zawołał Leśkiewicz. — Jutro dam ci tę korepetycję i jeszcze postaram się o drugą... Będziesz miał ze dwadzieścia pięć rubli!...
— Co w ciebie wstąpiło? — dziwił się Gromadzki.
— Dziś poznałem, że jestem niesprawiedliwy osieł... A ty, biedny hołyszu, nie masz co jeść!... Nie gniewasz się na mnie? — mówił bardzo wzruszony Leśkiewicz.
W tej chwili z trzaskiem otworzyły się drzwi kuchni, i wpadł Kwieciński.
— Powarjowaliście! — krzyknął, zobaczywszy Leśkiewi-