Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Więc może być dobrym adwokatem, albo chemikiem — odparł Łukaszewski.
— I umiejętnie fałszować wódkę, czy wody mineralne — dorzucił Leśkiewicz.
— Albo zostać pokątnym doradcą i odbierać nam klientów! — dopełnił Kwieciński.
— Nie bójcie się! — odparł zaperzony Łukaszewski — nim on zacznie konkurować z wami w fałszowaniu wódki, czy w pokątnych poradach, już nie będzie nietylko was, ale nawet tego cukru, który wyrafinują na waszych kościach.
Na wzmiankę o smutnym terminie, Leśkiewicz roztarł sobie piersi, jakby go zakłuło w płucach.
Kwieciński wzruszył ramionami i rzekł tonem perswazji:
— Poco się ty ciskasz? poco się pienisz?... Lepiej powiedz wyraźnie, czego chcesz?
— Chcę, ażebyśmy pomogli temu chłopcu kształcić się.
— Na lekarza, albo na prawnika — mruknął Leśkiewicz.
— Nawet na chemika od robienia margaryny, wszystko mi jedno — odparł Łukaszewski.
— Więc musi pierwej skończyć gimnazjum — mówił Kwieciński. — A jeżeli jest za stary i nie przyjmą go?
— To pójdzie do rzeźbiarza.
— Rzeźbiarze sami nie mają butów.
— No, to go oddamy do stolarza — zakończył Łukaszewski, któremu nie robiły subjekcji nagłe przejścia od uniwersyteckich szczytów do warsztatowego padołu.
— Tak... do stolarza... do rzemiosła, to nawet i ja mógłbym mu wyrobić miejsce — odezwał się Leśkiewicz.
— A widzisz — rzekł Łukaszewski. — Tylko musi gdzieś mieszkać i coś jeść.
— Mieszkać może u nas — wtrącił ze swego pokoju Gromadzki.
— Z głodu przy nas nie zdechnie — mruknął Kwieciński.
— No, widzicie... widzicie... — mówił już udobruchany