Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Była to dziewczyna trochę podobna do córki Miklosa Czarnego, którą niegdyś zamordował Gejza. Wyszukała długą tyczkę i, przymocowawszy do niej najsłodsze winogrono, podniosła je do spieczonych ust pokutnika.
Wtedy Gejza pierwszy raz w życiu zaczął płakać i łkać... Ale nie nad swoją ogromną nędzą, tylko nad litością tej kobiety, która jakby zwiastowała mu przebaczenie w imieniu Boga.
W tym płaczu umarł Gejza i jest zbawiony. Ciało zaś jego natychmiast rozsypało się w proch: był to bowiem starzec, który już dawno leżałby w grobie, gdyby nie podtrzymywały go sztuki djabelskie.
Otóż, rozważcie sobie, panowie — kończył starzec. — Pan Bóg użył występków Gejzy do zbawienia rodziny Miklosa Czarnego, do ukarania swarzących się panów chrześcijańskich, do zatamowania wylewów tureckich i do nawrócenia sześćdziesięciu tysięcy niewiernych. Ale wszystkie te cuda nie stałyby się, gdyby pobożny Miklos nie wykonywał przykazania: „Miłujcie nieprzyjacioły wasze; czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą.“ Przykazania boskie są praktyczne, moi panowie!...
Muszę dodać, że pustelnik Miklos długo żył w swoich lesistych górach i dobrze służył ludziom. Ale świętym nie został, ponieważ raz zawahał się w wypełnieniu Bożego rozkazu.
— Ciekawa to legenda — odezwał się sędzia — tylko... nie grzeszy prawdą. Historja o niczem podobnem nie wspomina.
— Jakto nie?... — wybuchnął starzec. — Gdybyś pan dobrodziej zwiedzał nasz klasztor przed trzydziestoma laty, widziałbyś to wszystko dokładnie wymalowane na obrazach. Bitwę chrześcijan z Turkami... dusze nawróconych pogan, ulatujące nad wodą... nawet Gejzę, wiszącego na drzewie. Wszystko to było!...