Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W każdym jednak razie sen ów był dziwny, dziwnie jasny, jakby proroczy, i głęboko wyrył się w umyśle pana Łukasza.
Ale czy to był sen?... Jeżeli sen, to w takim razie, dlaczego pan Łukasz doświadcza w okolicy krzyża tępego bólu, jakby od uderzenia djabelskiem kolanem?...
— Sen?... Nie sen!... Sen!... Nie sen!... — powtarzał sobie starzec, i dla ostatecznego sprawdzenia swoich wątpliwości, powlókł się do okna, włożył okulary i uważnie począł przypatrywać się śmietnikowi.
Widział tam słomę, papiery, skorupy, ale między niemi pantofla nie było...
Gdzież pantofel?... Rozumie się, że w piekle!
Pana Łukasza ciarki przebiegły. Otworzył lufcik i krzyknął do zamiatającego stróża:
— Józef! A gdzie podział się ze śmietnika mój pantofel?
— A podniosła go jakaś baba — odparł stróż.
— Cóż to za baba? — pytał starzec, coraz bardziej zatrwożony.
— Jakaś biedna warjatka. Wciąż gadała do siebie, modliła się za dusze zmarłe i nawet kołatała do pańskiego mieszkania — mówił stróż.
Panu Łukaszowi robiło się naprzemian zimno i gorąco, ale pytał dalej:
— Jakże ona wyglądała? Poznałbyś ją?...
— Cobym nie miał poznać. Miała jedną nogę owiniętą w gałgan i bardzo kulała.
Pan Łukasz zaczął zębami szczękać.
— I czy ona wzięła ze sobą pantofel?
— Z początku wzięła — mówił stróż — ale potem zaczęła kogoś kląć i tak gdzieś rzuciła pantofliskiem, że go znaleźć nie można. Jakby się w piekło zapadł!... Choć, coprawda, niema czego żałować, bo już był wielki gałgan...
Ale pan Łukasz nie słuchał końca mowy Józefa. Gwał-