Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sali ukazały się zdziwione twarze djabłów. Ale sędziowie drzemali niewzruszeni, wiedząc, że nawet w piekle nie warto słuchać dowodzeń, nie mających praktycznego gruntu.
Nareszcie adwokat upamiętał się i zawołał:
— A teraz, dostojni sędziowie, zacytuję wam jedną tylko, ale niezbitą prawdę na obronę mojego klienta. Oto... był on preferansista jakich mało.
— Prawda! — szepnęli rozbudzeni sędziowie.
— Mógł grać całą noc i nigdy się nie irytował.
— Prawda!...
— Skończyłem, panowie! — rzekł adwokat.
— I zrobiłeś pan bardzo dobrze — odezwał się prokurator. — A teraz zechciej nam wymienić jeden, jedyny czyn, któryby obwiniony spełnił w życiu bezinteresownie. Inaczej, jak panu wiadomo, grzesznik ten nie może zostać przyjęty do naszej sekcji.
— A tak świetnie pomagał!... — szepnął sędzia, który zmarł skutkiem upadku ze schodów.
Wymowny adwokat umilkł i zagłębił się w rozpatrywaniu dokumentów. Widocznie nie miał już nic do powiedzenia.
Stan sprawy Łukasza był tak smutny, że wzruszył nawet prokuratora.
— Obwiniony! — zawołał oskarżyciel. — Czy nie przypominasz sobie choć jednego bezinteresownego czynu w życiu, byle dobrego?...
— Sędziowie! — rzekł pan Łukasz z głębokim ukłonem. — Kazałem przed domem wylać chodnik asfaltowy...
— Za który na dwa tygodnie pierwej podniosłeś komorne lokatorom — przerwał mu prokurator.
— Odnowiłem wygódkę!...
— Tak! ponieważ zmusiła cię do tego policja.
Łukasz pomyślał.
— Ożeniłem się!... — rzekł po chwili.
Ale prokurator tylko machnął ręką i surowo zapytał: