Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


twoim adwokatem, rozpatrzyłem się w aktach i obawiam się, czy będziesz mógł zasiąść z nami do puli!...
Gdyby teraz pan Łukasz miał przed sobą lustro, przekonałby się, że istotnie jest trupem — tak zmizerniał, wysłuchawszy adwokata.
— Kryspinie! — rzekł nieszczęśliwy, drżąc całem ciałem — więc wy jesteście w piekle?
— Bah!...
— I ja mam być w piekle?...
— Och!... — mruknął adwokat, jakby zdziwiony pytaniem.
— A jakiemże prawem wy mnie sądzicie?
— Tu, widzisz, jest taki zwyczaj, że hultaje sądzą hultajów — odparł Kryspin.
— Mój kochany — rzekł Łukasz, składając ręce — więc kiedy tak, to osądźcież mnie do tego oddziału, w którym sami bawicie!...
— My tylko tego pragniemy — odpowiedział adwokat — ale...
— Co ale?... Jakie ale?...
— Musisz dowieść sądowi, że w ciągu życia spełniłeś choć jeden czyn... bezinteresownie.
— Jeden? — zawołał pan Łukasz. — Chyba sto, tysiąc... Ja całe życie postępowałem tylko bezinteresownie.
Kryspin z powątpiewaniem pokiwał głową.
— Mój Łukaszu — rzekł — ja z twoich aktów bynajmniej nie widzę tego. Gdybyś, jak mówisz, całe życie postępował bezinteresownie, to nie dostałbyś się do naszego towarzystwa, które w czwartym departamencie piekła tworzy ósmą sekcją jedynastego oddziału.
W sąsiednim pokoju odezwał się dzwonek po raz drugi. Jednocześnie Łukasz usłyszał gruby głos sędziego, który zmarł na apopleksją:
— Czy nowoprzybyły już gotów?