Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chana rzecz! — drobny ten przedmiot upadł z łoskotem kilkusetfuntowej bryły żelaza,
— Co to znaczy? — zapytał przerażony.
— To, widzisz, jest materjał, z którego mamy odzienie. Krawat i rękawiczki ważą po pięćset funtów, buty po dwa tysiące funtów, surdut około stu tysięcy funtów i tak dalej!... Mamy zatem dosyć owej wagi, która ci się tak podoba w złocie.
Powiedzieliśmy, że pan Łukasz od chwili wejścia do tej sali nie dziwił się niczemu, tylko nic nie rozumiał. Obecnie począł nawet coś rozumieć, stopniowo coraz jaśniej, ale uczuł zarazem strach, z początku mały, potem większy, a nareszcie dosyć wielki. Aby więc rozproszyć swoje wątpliwości, a z niemi obawy, zapytał pocichu adwokata, ścisnąwszy go czule za rękę:
— Kochany Kryspinie! powiedz mi, gdzie... niby gdzie... ja jestem?
Adwokat wzruszył ramionami.
— Czy jeszcze nie domyśliłeś się, że jesteś za grobem, tam, gdzie zmarli zamieniają żywot doczesny na wieczny?
Pan Łukasz otarł pot z czoła.
— Nieszczęście! — zawołał — a toć ja zostawiłem dom i mieszkanie bez nadzoru...
W sąsiedniej sali rozległ się głos dzwonka.
— Kto tam jest? — zapytał nagle Łukasz.
— Nasi preferansowi towarzysze: sędziowie i prokurator.
— Więc możemy zrobić pulkę? — rzekł nieco weselej Łukasz. — Widziałem tam nawet stół...
Kryspin jednak był mniej wesoły.
— My tu robimy pulki — odparł — ale z tobą musimy naprzód załatwić czynność urzędową. Dowiedz się, że tamci panowie tworzą sąd szczegółowy, który zbada całe twoje życie i zakwalifikuje cię do pewnej kategorji piekła. Ja jestem