Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom2.djvu/460

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na trzeci dzień wypogodziło się, a na czwarty było już tak pięknie i sucho, że panna Felicya zaproponowała spacer na rydze.
Prezesowa tego dnia kazała podać wcześniej drugie śniadanie, a później obiad. Około wpół do pierwszej przed pałac zajechał brek i pani Wąsowska dała hasło do wsiadania.
— Śpieszmy się, bo szkoda czasu... Gdzie twój szal, Ewelinko... Służące niech siądą do bryczki i zabiorą kosze. A teraz — dodała, przelotnie spojrzawszy na Wokulskiego — każdy z panów wybierze sobie damę...
Panna Felicya chciała protestować, ale w tej chwili baron podskoczył do panny Eweliny, a Starski do pani Wąsowskiej, która przygryzając usta, rzekła:
— Myślałam, że już mnie pan nigdy nie wybierze...
I posłała Wokulskiemu piorunujące wejrzenie.
— To my, kuzynko, będziemy trzymać się razem — odezwał się Ochocki do panny Izabeli. — Ale w takim razie musi pani siąść przy koźle, bo ja powożę.
— Pani Wąsowska nie pozwala, bo pan wywróci! — zawołała panna Felicya, której los przeznaczył Wokulskiego.
— Owszem, niech powozi, niech wywraca... — rzekła pani Wąsowska. — Jestem dziś w takiem