Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom2.djvu/454

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


posądzałam pana o czyn wysoce chrześcijański, którego jednak nie mogłabym nikomu przebaczyć. Przez chwilę myślałam, że nasz dom kupił pan... zadrogo...
— Dziś chyba uspokoiła się pani.
— Tak... Już wiem, że baronowa Krzeszowska chce za niego dać dziewięćdziesiąt tysięcy.
— Doprawdy? Jeszcze nie rozmawiała ze mną, choć przewidywałem, że to nastąpi.
— Bardzo cieszę się, że się tak stało, że pan nic nie straci, gdyż... dopiero teraz mogę panu podziękować z całego serca — mówiła panna Izabela, podając mu rękę. — Rozumiem doniosłość pańskiej usługi. Mój ojciec miał być skrzywdzony, poprostu obdarty przez baronowę, a pan uratował go od ruiny, może od śmierci... Takich rzeczy nie zapomina się...
Wokulski pocałował ją w rękę.
— Już wieczór — rzekła zmieszana — wracajmy do domu... Całe towarzystwo pewnie wyszło z parku...
„Jeżeli ona nie jest aniołem, to ja, jestem psem!..“ — pomyślał Wokulski.
Wszyscy już byli w pałacu, gdzie wkrótce podano kolacyą. Wieczór zeszedł wesoło. Około jedenastej Ochocki odprowadził Wokulskiego do jego mieszkania.
— Cóż? — rzekł Ochocki — słyszę, że roz-