Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom2.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Znowu stanął na chodniku.
— Wierz mi, panie Ignacy — kończył schrypniętym głosem — że nawet między zwierzętami nie znajdziesz tak podłych bydląt, jak ludzie. W całej naturze samiec należy do tej samicy, która mu się podoba i której on się podoba. To też u bydląt niema idyotów. Ale u nas!... Jestem żyd, więc niewolno kochać mi chrześcianki... On jest kupiec, więc nie ma prawa do hrabianki... A ty, który nie posiadasz pieniędzy, nie masz praw do żadnej zgoła kobiety... Podła wasza cywilizacya!... Chciałbym bodaj natychmiast zginąć, ale, przywalony jej gruzami...
Szliśmy wciąż ku rogatkom. Od kilku minut zerwał się wiatr wilgotny i dął nam prosto w oczy; na zachodzie poczęły znikać gwiazdy, zasłaniane przez chmury. Latarnie trafiały się coraz rzadziej. Kiedyniekiedy w alei zaturkotał wóz, obsypując nas niewidzialnym pyłem; spóźnieni przechodnie uciekali do domów.
„Będzie deszcz!... Stach już jest około Grodziska“ — pomyślałem.
Doktor nasunął kapelusz na głowę i szedł, zirytowany, milcząc. Mnie było coraz markotniej, może z powodu wzrastającej ciemności. Nie powiedziałbym tego nikomu nigdy, ale nieraz, mnie samemu, przychodzi na myśl, że Stach... naprawdę już nie dba o politykę, ponieważ cały zatonął w fałdach sukienki tej panny. Zdaje się, że mu nawet coś o tem wspomniałem onegdaj i że to, co on mi od-