Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dostojny Herhorze! — zwrócił się do niego władca — czy święty stan kapłański ma coś do powiedzenia w tej sprawie?...
— Bardzo niewiele — odparł arcykapłan, powstając. — Według odwiecznych praw, skarb Labiryntu może być tylko wówczas naruszony, gdyby państwo nie posiadało żadnych innych środków... Ale dziś tak nie jest. Gdyby bowiem rząd zmazał wierzytelności fenickie, powstałe z niegodziwej lichwy, nietylko napełniłby się skarb waszej świątobliwości, ale i pospólstwo, dziś pracujące dla Fenicjan, odetchnęłoby w swym ciężkim trudzie...
Na ławach delegatów znowu odezwał się szmer przychylny.
— Pełna mądrości jest rada twoja, święty mężu — rzekł spokojnie faraon — ale niebezpieczna. Gdyby mój skarbnik, dostojni nomarchowie i szlachta raz nauczyli się przekreślać cudze należności, dziś nie zapłaciliby długów Fenicjanom, a jutro mogliby zapomnieć o długach, należnych faraonowi i świątyniom. Kto mi zaś powie, czy i pospólstwo, zachęcone przykładem wielkich, nie pomyślałoby, że i ono ma prawo zapomnieć o swoich obowiązkach względem nas?...
Cios był tak silny, że najdostojniejszy Herhor aż pochylił się na swojem krześle i — umilkł.
— A ty, najwyższy dozorco Labiryntu, chcesz co nadmienić? — spytał faraon.
— Mam tu szkatułkę — odparł — z białemi i czarnemi kamykami. Każdy delegat otrzyma oba kamyki i jeden z nich rzuci do dzbana. Kto chce, abyś wasza świątobliwość naruszył skarbiec Labiryntu, włoży czarny kamyk; kto woli, ażeby nie tykano własności bogów, położy biały.
— Nie zgadzaj się, panie, na to — szepnął skarbnik do władcy. — Niech raczej każdy delegat jasno powie: co ma w swej duszy?...
— Uszanujmy dawne zwyczaje — wtrącił Mefres.