Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wreszcie — to nie moja rzecz. W ogrodzie czeka arcykapłan Samentu, któremu wasza świątobliwość kazałeś przyjść. Ja się usuwam; teraz jego pora... Ale od dostarczania pieniędzy to ja się nie usuwam i do wysokości trzydziestu tysięcy talentów niech wasza świątobliwość rozkazuje...
Hiram znowu upadł na twarz i wyszedł, obiecując, że natychmiast przyszle Samentu.
W pół godziny zjawił się arcykapłan. Nie golił on rudej brody i kudłatych włosów, jak przystało na czciciela Seta; twarz miał surową, ale oczy pełne mądrości. Ukłonił się bez zbytniej pokory i spokojnie wytrzymał sięgające do głębi duszy spojrzenie faraona.
— Siądź — rzekł pan.
Arcykapłan usiadł na posadzce.
— Podobasz mi się — mówił Ramzes. — Masz postawę i fizjognomję Hyksosa, a oni są najwaleczniejszymi żołnierzami mojej armji.
Potem nagle zapytał:
— Ty powiedziałeś Hiramowi o traktacie naszych kapłanów z Asyryjczykami?...
— Ja — odparł Samentu, nie spuszczając oka.
— Byłeś uczestnikiem tej niegodziwości?
— Nie. Podsłuchałem tę umowę... W świątyniach, jak w pałacach waszej świątobliwości, mury są podziurawione kanałami, za pośrednictwem których nawet ze szczytu pylonów można słyszeć, co mówi się w podziemiach...
— A z podziemiów można przemawiać do osób, mieszkających w górnych komnatach?... — wtrącił faraon.
— I udawać rady bogów — dodał poważnie kapłan.
Faraon uśmiechnął się. Więc przypuszczenie, że to nie duch ojca przemawiał do niego i do matki, tylko kapłani — było prawdziwe.
— Dlaczego powierzyłeś Fenicjanom wielką tajemnicę państwa? — zapytał Ramzes.