Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tutmozis wyprostował się.
— Każesz wasza świątobliwość zaprowadzić ich do więzienia?... — odparł.
— Zrobiłbyś to?...
— Niema w Egipcie oficera, który zawahałby się spełnić rozkaz naszego pana i wodza.
— W takim razie... — mówił powoli faraon — w takim razie... nie trzeba więzić nikogo. Za wiele mam potęgi dla siebie, a pogardy dla nich. Padliny, którą człowiek spotkał na gościńcu, nie zamyka się w okutej skrzyni, tylko się ją obchodzi.
— Ale hienę sadza się do klatki — szepnął Tutmozis.
— Jeszcze za wcześnie — odparł Ramzes. — Muszę być łaskawym dla tych ludzi przynajmniej do pogrzebu ojca mego. Gdyż inaczej gotowi jego czcigodnej mumji zrobić jakie łotrostwo i zakłócić spokój duszy... A teraz, pójdź jutro do Hirama i powiedz, ażeby przysłał mi tego kapłana, o którym mówiliśmy.
— Tak się stanie. Muszę jednak wspomnieć waszej świątobliwości, że dzisiaj lud napadał domy memfijskich Fenicjan...
— Oho?... To było niepotrzebne.
— Zdaje mi się też — ciągnął Tutmozis — że od czasu, kiedy wasza świątobliwość kazałeś Pentuerowi zbadać położenie chłopów i robotników, kapłani podburzają nomarchów i szlachtę... Mówią, panie, że chcesz zrujnować szlachtę dla chłopów...
— I szlachta wierzy temu?...
— Są tacy, którzy wierzą. Ale są i tacy, którzy wręcz odpowiadają, że jest to intryga kapłańska przeciw waszej świątobliwości.
— A gdybym naprawdę chciał poprawić dolę chłopów?... — spytał faraon.
— Uczynisz, panie, to, co ci się podoba — odparł Tutmozis.