Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Na jutro.
— Dam. Jakże z długiem Szafranowicza?
— Ciężka sprawa! Szafranowicz chce go ustąpić Żabickiemu.
— Głupiec! Postąp jeszcze.
— Żabicki także postąpi — odparł handlarz.
— Łotry! No, a jakże z Żydami?
— Oni także panu nie dowierzają.
Von Oschuster podniósł głowę.
— Cóż to znaczy?... — spytał zdumiony.
— Co pan chce?... Pan myśli, że u nas wszystkie Żydy takie dobre jak ja?... Oni mówią...
— Cóż mówią?
— Mówią z przeproszeniem, że jak się tu Niemców nalezie, to i Żydów djabli wezmą!
— Dam ja im! — mruknął ajent, zabierając się znowu do przeglądania papierów.
Handlarz spojrzał na niego ukosem i śmiejąc się, wyszedł z pokoju. Na podwórzu zatrzymał się, popatrzył w okna salonu i szepnął:
— Dam ja im?... Aj waj!... On nam da, a co on nam da? On sobie myśli, że kupi Wilczołapy i będzie torf kopał, a nie wie, że pan Żabicki z Szają już obstalowali torfiarkę. Aj waj! jaki on głupi...
Niedługo potem pani Euzebja z okien buduaru mogła widzieć Joska, podrygującego na swej biedce, w kierunku najbliższej mieściny. I widziałaby go niezawodnie, gdyby marnej figury Żyda i jego suchotniczej kobyliny nie zasłaniało widmo konającego krewnego miljonera i pani Gęgalskiej, kuzynki Wiktora Emanuela.
Tymczasem Josek w połowie drogi spotkał zafrasowanego Wojciecha z jego kijem, workiem i bursztynem; zwalniając bieg szkapy, rzekł: