Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To do polewania ulic...
— Ach, prawda! taż tu wyraźnie błoto w alejach... kurz i błoto! Oto mi sad!... u nas na okólniku porządniej...
— A gdzież tu warzywa sadzą? — przerywa pani.
— Tu nie sadzą warzyw — odpowiadam.
— Nie sadzą?!... A drzeważ fruktowe są?...
— I tych niema...
— Niema!... Więc od czegóż wy ten sad trzymacie?
— Od... to jest... dla świeżego powietrza...
— Piękne mi świeże powietrze, jak pragnę szczęścia!... Wy tu zmarniejecie z takiem świeżem powietrzem... Ach, jakiż fetor!... cóż to znaczy?...
— O, to nic, proszę pani!... Idziemy w tej chwili aleją, przytykającą do ulicy Królewskiej, na której rynsztoki trochę pachną...
— Aaa... ooo!...
Otóż i mleczarnia. Towarzystwo moje z uwagą patrzy na delektujących się krowiemi produktami warszawiaków. Wołam pannę.
— Co państwo każą?...
Hładyszkę zsiadłego mleka i sitnego chleba — odpowiada jejmość.
Panna wytrzeszcza oczy.
— Mamo — szepcze Zosia — jakoś to mleko nieładne... U nas czeladź takiegoby nie jadła, dajmy spokój!...
— Fiu!... — gwiżdże Władzio. — Albo to mleko zsiadłe? to maślanka!... U nas w K.... zsiadłe mleko krajaćby można...
Panna ulatnia się, poznawszy o co chodzi.
(Uważam, że pierwotny zachwyt szanownej mamy naszej na widok ogrodu zmniejszył się o trzydzieści procent).
Panie Bolesławie — mówi do mnie — a dzieciż tu daleko?... Chodźmy do tych niebożątek.
Około Żelaznej Bramy przecinamy po raz drugi aleję główną i wchodzimy na plac, zawalony gromadą żyjących ciał