Strona:PL Artur Oppman - Legendy warszawskie.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cichaj! Syrena! O, widzisz? Syrena! Złapaliśmy ją! Niechaj tu przeleży do rana! O świcie do Czerska ją zawieziem, do księcia!
— Syrena? Jezusie, Maryjo! Prawda! Jakaż ona śliczna!
— Nie prawiłbyś byle czego! Śliczna! Czarownica, wiadomo! Taka ci najcudniejszą postać przybierze, aby tem łacniej otumanić chrześcijańską duszę.
— Boże miły! Prawdę mówicie? To ona chrześcijańskie dusze tumani? I cóż ja mam z nią zrobić?
— Pilnować do zorzy! Ale pilnuj bezustanku. Nie zdrzymnij się. Uważaj, żeby postronków nie zerwała, bo ucieknie.
— Ha! Każecie pilnować, to będę pilnował. A kiedyż po nią przyjdziecie?
— Mówilim. Skoro świt. Teraz ją położym w oborze, niech leży.
— A ty, Staszku, pamiętaj: oka z niej nie spuszczaj! Patrz i patrz! Na twoją głowę ją zdajem.
— Już wy się nie bójta! Umiałem sobie dać rady z graniastym byczkiem, choć beskurcyja zły, jak sam djabeł, to i z syreną poradzę.
— No, to bywaj zdrowy! Będziem tu zpowrotem, ino patrzeć!


V


Staszek został sam na sam z syreną. Leżała ona pod ścianą obory, nawprost jednego z otworów okiennych, w przeciwległej ścianie wyciętych, a Staszek siadł naprzeciwko i tak, jak mu rozkazali, patrzył w nią bacznie, i oczu z dziwowiska nie spuszczał.