Strona:PL Antoni Lange - Malczewski i kilka erotyków.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pisało, nie zaś gęsie... Mam niemały skweres:
Myślałem, że to będzie choć średni interes.
Tu zwrot kosztów — to może koniec najszczęśliwszy.
Ni za dziadka, ni babkę, nie jadłszy, nie piwszy —
Straciłem tysiąc złotych. Myślałem, zakaty,
Ze może cię pochwalą nasze literaty:
Pan Koźmian, pan Kropiński... Ale gdzież tam, panie!
Co słyszę, to jedynie srogie urąganie.
Wiersz dobry — być powinien jak klasyczny antyk,
Ale o panu mówią, że jesteś romantyk,
A to przecież jest hańba istna dla Polaka!
Jednak dziś się zaraza rozszerzyła taka,
I pan też za nią idzie, mój panie Malczewski.
Jest niejaki Mickiewicz, ot, niedźwiedź litewski:
Wilkołaki mu śnią się, czarownice, gady,
Jakieś sonety pisze i trupie ballady!
Młodzież psuje i w sercach zasiewa truciznę —
Szerzy mrok — do upadku prowadzi ojczyznę!
I oto ja, com zawsze był obywatelem
Poczciwym i któremu cnota była celem —
Dziś jam splamiony. Każden palcem mię wytyka,
Żem wydał szalonego dzieło romantyka.


MALCZEWSKI (jakby do siebie)

Ach, jedno, jeszcze jedno mam rozczarowanie.


ZOFJA

Nie zrozumiałeś książki, mój kochany panie.
Sensu niema, co mówisz...