A biedaczka wyciąga z świeczkami swe dłonie:
„Dwie świeczki za trzy grosze — jak świt każda płonie!“
Lecz nikt jej tu nie słyszy, — ochrypły głos ginie
We wrzawie gwarnej tłuszczy, w owym ludzkim młynie:
Matczyny tylko słyszy głos dziecina blada
I nań rzewniejszym coraz płaczem odpowiada.
Długoż-to wśród tej zimnej, bezdusznej ulicy
Może wyżyć przekupka, ten trup bladolicy?
Jak długo się borykać będzie z głodem, nędzą,
Nim ją one nareszcie w mogiłę zapędzą?
Czy długo jeszcze piersi jej potrafią wiotkie
Wyżywiać nawpół żywą niewinną istotkę?
Matczyną wprzód łyknęła łzę czasem ta mała,
Lecz teraz matka wszystkie już łzy wypłakała:
Już nie ma czego żłopać pijaczka maleńka,
Matka ledwie oddycha i serce jej pęka,
Ale z warg jej wyschniętych wciąż słychać wołanie:
„Mam świeczki na sobotę — kupujcie je panie!“
Na rynku cicho: święta przybywa sobota,
A na chodniku stoi koszyczek — sierota,
Obok niego przy słupie w zadumie głębokiej
Zdrętwiała postać siedzi — to handlarki zwłoki.
Nikt o tem jeszcze nie wie, nikt nie spostrzegł trupa —
Bogaczom dzisiaj głowę zaprząta spraw kupa;
Toć przeddzień jest soboty, więc wedle porządku —
Należy przedewszystkiem myśleć o żołądku,
Któż mógł więc zauważyć tak błahe zdarzenie?
Tymczasem rynek nocy okrywają cienie,
Na niebie się ukazał księżyc srebrnolicy,
A ludzie widać szabas poszli do bóżnicy.
W bóżnicy dziś tak schludnie, tak jasno, tak mile;
Kantor śpiewa, w głąb serca wchodzą jego tryle,
Lecz czemu świecznik jakby dotknięty niemocą?
Świeczki ciemno się palą w nim, ledwo migocą?
Strona:PL Antologja poezji żydowskiej (red. Hirszhorn) 1921.pdf/232
Wygląd
Ta strona została przepisana.