HANDLARKA ŚWIEC.
W zgiełku miejskiego rynku, na skrzynce przy słupie
Siedzi biedna przekupka: oblicze ma trupie,
Kościste, suchotnicze: lecz rysów uroda
Świadczy, że to kobieta całkiem jeszcze młoda.
Nie rozkosz, ni dostatek, ni dobre jedzenie
Zrobiły na jej twarzy takie spustoszenie.
Siedzi i skrycie wzdycha, czuwając u pudła,
A nędzną pierś jej ciągnie dziecina wychudła;
Szkielecik mały płacze, ssie, śpi — lecz od spania
Co chwila odrywają go matki wołania:
„Paniusie, kupcie świeczki, palą się — aż proszę!
Niech los mój lśni tak jasno! — para za trzy grosze!
Towaru ma ździebełko, skrzynka — tycia mała,
Lecz dotąd się kobieta sama wyżywiała.
Czy słonko się uśmiecha, czy z nieba łzy płyną,
Siedzi biedna kobieta z wybladłą dzieciną,
Prowadząc ten swój handel, — a nigdy nikomu
Nie skarży się, choć często brak jest chleba w domu.
Zresztą, przed kim ma biadać? martwy słup nie słucha,
A oprócz tego słupa — nie ma ona druha,
Lecz chociaż głod jest u niej gościem nie tak rzadkim,
Nie splamiła rąk swoich jałmużną, ni datkiem —
Ona sprzedać-by tylko swoje świeczki chciała
I chleba sobie kupić — to jej żądza cała.
Ot szabas[1] już za pasem: na cześć gościa tego
Ludziska się krzątają, i tłoczą, i biegą:
Ten niesie ryby, mięso, ów — butelkę wódki,
Lecz któż z nich o handlarce pomyśli bladziutkiej?
Kogoż to dziś obchodzą jakieś świeczki głupie?,
Gospodyń myśli toną w kompocie i zupie.
- ↑ Szabas — sobota.