Kto ich nazajutrz pieczą otoczy,
Uchroni od gwałtów, zdrad?
Czy ktoś im otrze spłakane oczy,
Czy ich przygarnie cny lud roboczy,
Czy z torbą puści ich w świat?
Dumam do póżnej godziny, w której
Powieki kleją się w śnie...
Lecz ot, zabłysnął ranek ponury, —
Znów mknę, gdzie nędzy syny i córy
W mozołach pędzą swe dnie.
DO LUBEJ.
O luba moja, tyżeś to?!
Czy tu mam snuć miłości nić!
Czy ty naprawdę pragniesz tu
W warsztacie przy mym boku być?
Kochane dziecię, rzuć tę myśl!
Nie tu dla marzeń cichy kąt:
Tu włada zar i gwar i szum —
Zaklinam cię, o, uchodź stąd!
Nie wolno mi cię widzieć tu,
Całować pięknych twoich lic:
Tu wszystko-m sprzedał — dłoń i wzrok
I czas i moc — tu nie mam nic!
Choć śmiercią jest bez ciebie byt,
Na wszystko błagam cię: idź, idź!
Tu wre zacięty bój o chleb —
Kto głodu ujść chce, musi szyć.
Do mej izdebki później przyjdź,
Gdy noc otuli dawno świat;
Tam, wolny, złożę u twych stóp
Mych uczuć żar i myśli kwiat.