Strona:PL Antologia poetów obcych.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mąż ten prawy, szedł z dala od ścieżki pochyłéj,
Cnotą swoją, jak szatą śnieżystą okryty;
A zawsze w stronę biednych lejąc zdrój obfity,
Brogi jego jak studnie okoliczne były.

Gospodarny, oszczędny, a jednak był hojny;
Dobry dla swej czeladki, o los krewnych dbały;
Chętniej nań, niż na młodzież niewiasty patrzały,
Bo młodzian tylko piękny — a starzec dostojny.

Starzec, który ku źródłu pierwotnemu kroczy,
Wita byt wiecznotrwały, a żegna dni zmienne;
I w oku jego światło jaśnieje promienne:
Młodzież zasię, ma ogniem gorejące oczy.

Uśpiły więc Booza słodkie, nocne wczasy,
Przy brogach, jak zwaliska sterczących, lub skały;
W koło śpiących żniwiarzy gromadki szarzały...
A działo się to w dawne, w bardzo dawne czasy.

Lud Izraelski wóczas wiodła sędziów ręka:
Ziemia, gdzie w koczownicze zbiegłszy się gromady
Człowiek z trwogą spoglądał na olbrzymów ślady,
Z potopu była jeszcze wilgotna i miękka.

Booz tedy w namiocie legł zamknąwszy oczy,
I zasnął, jak spał Jakób, spała Judyt wdowa;