Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XIII.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chwycił zatem z nich jednego
I nad niemi w górę wzniósł.
Na zapach ciepłéj posoki
Roztworzyły się paszczęki,
Głuchy kości powstał chrzęst.
Za lichy wszakże to kąsek,
By na długo mógł wystarczyć,
By ukoić złość i głód,
By nieszczęsny cel pogoni
Mógł się puścić w dalszy bieg.
Więc rozdarł skórę odyńca
I kłąb wściekły, kłąb wyjący
Jak czerwoną płachtą skrył.
A kiedy psiarstwo spiętrzone
Wprzód się czołga. w tył się toczy,
Jak ogromny jaki smok,
Niczyj znowu biegnie daléj,
Biegnie daléj w życia prąd,
I znowu dobiegł Drapieżny,
Czapka spadła, włos mu powstał,
Piana ciekła z jego ust.
I w środek wjechał kupicy
I rozbijał i tratował,
Lecz daremny jęk i pisk;
A więc krzyknął jakby z piekła:
„Hej! Morduchy dawaj tu!“
Morduchy były brytany,
Straszne siłą, straszne złością,
Sam ich widok zgrozę niósł.
Pysk czarny — oko czerwone,
Dolna szczęka wysunięta,
W płowe prążki śliska sierć.