Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XIII.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jak dawny obraz wygasły w pamięci,
Coś, sama nie wie, przez jéj myśl się kręci
Drugi dzień nadszedł, a w dziewiczem łonie,
Czułość, tęsknota, jakiś ogień płonie;
To w łzawem oku jak iskra zabłyśnie,
To myśl budzące westchnienie wyciśnie.
Lecz trzecia zorza pustem widzi łoże,
Powietrza w murach Olga znieść nie może;
Duszne sklepienie, podłoga paląca;
Rosę po kwiatach jéj stopa roztrąca,
W zdrojach co chwilę umaczane dłonie
Skrapiają usta, ochładzają skronie,
A kiedy wieczór, potem noc nastała,
Nieznanem czuciem to ziębnie, to pała;
Ledwie ucichnie, zedrzemie na łożu,
„Czekam cię Olgo na skalistem wzgórzu“
Jakby głos jaki szeptał jéj do ucha;
Zrywa się, pyta... pyta się i słucha,
Lecz nic nie słyszy prócz własnego tętna.
I znowu sama na siebie niechętna,
Iż bać się może snu dziwacznéj mary,
Ledwie jedwabne zasunie kotary,
Ledwie policzki do puchu nakłoni;
„Czekam cię Olgo“ aż w duszy zadzwoni,
I kiedy trzykroć zwyciężyć się sili,
Chwilę zadrzemie, zbudzi się po chwili,
Wlepia wzrok w lampy, co przed nią goreje...
Lecz i na jawie to samo się dzieje.
Już ciągle słyszy i wyraźnie słyszy,
Co słuch wyrywał z głębi nocnéj ciszy.
I już w rumianym wzrok zatapia zorzu,
A „czekam Olgo na skalistem wzgórzu“