Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

718. Niema wątpienia, że teraźniejszej literaturze zdałby się hamulec. Czy nie możnaby naznaczyć pewnych premii dla tych, co najmniej wydrukują arkuszy?

719. Dla Ojczyzny zbiera... do kieszeni.

720. Obiecał pan kożuch, ciepłe słowo jego. (przysłowie gminne.)

721. Zbytek trąd, zaraża i zabija.

722. Jakaż korzyść z parady? Podziwienie dwóch, szyderstwo dwudziestu, zawiść stu.

723. Przyszłość może być waszą, ale nigdy przeszłość; dlatego demagogi jej nienawidzą.

724. Łatwowierność rodzi oszustów.

725. Najgłośniej dzwoni, kto ostatkiem goni.

726. Kontent głupi, że oszalał.

727. Tak szastał morałami, że mu samemu nic nie zostało.

728. Mości księże Proboszczu, za wyłącznie myślisz o prebendzie. Nie tędy droga do Boga.

729. Obojętność jak próchno, ni dźwięku, ni kleju.

730. Głosu nie szuka, kto w próchno puka.

731. Od doradcy do gdery krok jeden.

732. Rozum zdrajca ucieka, kiedy go najwięcéj potrzeba.

733. Drogie dzieci, bo drogo je opłaca serce rodziców.

734. Jedne dzieci nam kwiatki, drugie śmiecie znoszą.

735. Śmierć dzieci fraszką w porównaniu z ich hańbą.

736. Nieufność najboleśniejsza, kiedy niezasłużona.

737. Dumny, szumny... nierozumny.

738. Najmniej lubi radę, komu jej najwięcej potrzeba.

739. Pojmij tylko własne korzyści, a będziesz mędrszym i lepszym.